Wybierz region

Wybierz miasto

    Szansa na drugie życie

    Autor: SYLWIA BARWIŃSKA

    2003-03-26, Aktualizacja: 2004-12-17 23:33 źródło: Dziennik Zachodni

    Za kilka dni minie sześć lat, odkąd Tadeusz Bujak ma nowe serce. Nigdy jednak nie dowie się, kto był dawcą. Wie jedynie, że serce, które otrzymał, biło wcześniej w piersi 32-letniego mieszkańca Tychów.

    Za kilka dni minie sześć lat, odkąd Tadeusz Bujak ma nowe serce. Nigdy jednak nie dowie się, kto był dawcą. Wie jedynie, że serce, które otrzymał, biło wcześniej w piersi 32-letniego mieszkańca Tychów. Sam mieszka w Bytomiu, w jednym z bloków przy ul. Wallisa.


    Kłopoty z sercem zaczęły się banalnie, od niewyleczonej grypy.

    - Zachorowałem na grypę, kilka dni byłem w domu, a później poczułem się lepiej i poszedłem do pracy - wspomina pan Tadeusz. - Przez kolejne miesiące czułem się źle. Cały czas łapałem jakieś infekcje, często zapalenie oskrzeli i zapalenie gardła.

    W końcu trafił do lekarza, który po przeprowadzeniu dokładnych badań wysłał go do szpitala.

    - Dowiedziałem się, że jedynym sposobem na uratowanie życia jest transplantacja serca. Jeden z lekarzy powiedział mi jednak, iż nawet najgorsze własne serce jest lepsze niż cudze. Moje serce poddano intensywnej rehabilitacji i jeszcze przez kolejne dwa lata mogłem spokojnie żyć - wspomina pan Tadeusz.

    Z czasem było coraz gorzej.

    - Spacer z psem zajmował mi dwie godziny. Kiedyś w drodze do łazienki straciłem przytomność. Po raz kolejny odwieziono mnie do szpitala. Przeszczep był nieuchronny - opowiada pan Tadeusz.

    - Pacjent, który jedzie na transplantację, tak naprawdę nigdy nie wie, czy będzie operowany. Serce można utrzymywać przy życiu cztery godziny. Jeśli ktoś nie przyjedzie w porę, to inny chory czeka w zastępstwie. Obudziłem się po badaniu płuc i chciałem dowiedzieć się, czy będę miał operację. A tu okazało się, że już jest po przeszczepie - opowiada pan Tadeusz.

    Zawsze bierze się pod uwagę stan zdrowia pacjenta. W praktyce istnieją dwie listy oczekujących na serce. Osób zakwalifikowanych do operacji oraz gorąca lista osób, które muszą być natychmiast operowane.

    - Człowiek po operacji wygląda koszmarnie, ale czuje się wspaniale. Czwartego dnia po przeszczepie już wstałem. A ósmego dnia pogorszyło mi się - wspomina pan Tadeusz.
    Wydolność serca była coraz mniejsza i nikt nie wiedział, co się dzieje. Każdy lekarz miał inny pogląd na tę sprawę. Na szczęście jeden z nich przypominał sobie, że podobny przypadek miał miejsce w Stanach Zjednoczonych. Skonsultowano się z kliniką i postawiono diagnozę. Okazało się, iż były to typowe objawy odrzutu.

    - Kiedy już wiedziano, co mi jest, zajęto się leczeniem. Dwa następne miesiące byłem w szpitalu, a kolejny miesiąc w sanatorium w Reptach Śląskich.

    Dwa lata temu pojawiły się kolejne, poważne komplikacje. Tym razem Tadeusz cudem uniknął śmierci.

    - W trakcie jednej z podróży poczułem się źle. Wróciłem do domu, zadzwoniłem do szpitala, przyjechało pogotowie i zawieziono mnie do Zabrza. Okazało się, iż mam martwicę trzustki. W 90 procentach kończy się to śmiercią. Zawieziono mnie do Pszczyny. Jedyne, co pamiętam z pobytu w tym szpitalu, to fakt, że nie byłem przypadkiem operacyjnym - opowiada.

    Pan Tadeusz zapadł w śpiączkę. Obudził się po sześciu tygodniach. Szansa na to, że przeżyje i będzie normalnie funkcjonował, była minimalna. Na szczęście wszystko wróciło do normy.

    Transplantacja nie oznacza, że chory staje się zdrowy. To zamiana jednego problemu medycznego na inny. Organizm nie akceptuje nowego narządu i chce go zniszczyć. Trzeba brać leki, obniżające odporność organizmu do takiego poziomu, gdy nie jest on w stanie zniszczyć nowego organu. Narażony jest więc na liczne infekcje, a same leki są bardzo toksyczne. Lekarstwa trzeba zażywać zawsze o tej samej porze, z dokładnością do 15 minut.

    Jedyną możliwością sprawdzenia, czy organizm odrzuca serce, jest biopsja serca. Po transplantacji ma się ją raz w tygodniu, następnie co trzy miesiące, a później co pół roku.

    - "Dorobiłem" się cukrzycy, śpiączki i operacji woreczka żółciowego - wylicza pan Tadeusz. - Poza tym serce nie boli. Nie daje sygnałów, że coś mu dolega. Jest odnerwione, nie wie o tym, że powinno bić szybciej, bo zabraknie mu tlenu. Wysiłki można podejmować. Ruch jest jak najbardziej zalecany.
    Tadeusz Bujak z wykształcenia jest socjologiem i inżynierem górnictwa. Przed transplantacją serca prowadził własną działalność gospodarczą, a obecnie jest szefem Stowarzyszenia Transplantacji Serca i rzecznikiem praw pacjenta w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Stowarzyszenie powstało w 1989 roku, zrzesza około 500 członków. Początkowo jego głównym celem było popularyzowanie transplantacji i zbiórka pieniędzy na rzecz kliniki. Obecnie stowarzyszenie działa na rzecz pacjentów po transplantacji. Organizuje turnusy rehabilitacyjne dla swych członków, zjazdy integracyjne, zapewnia pomoc prawną i finansową. W zeszłym roku stowarzyszenie wzięło udział w zawodach, organizowanych przez Europejską Federację Transplantacji Chorób Serca. Jego członkowie zdobyli siedem medali. Pan Tadeusz zdobył brązowy medal w pływaniu.

    Jako rzecznik praw pacjenta w zabrzańskiej klinice zbiera skargi i uwagi pacjentów. Na szczęście jest ich niewiele. Zwykle zdarzają się prośby o nieprzenoszenie pacjentów do innych szpitali czy przyspieszenie operacji.

    Sonda

    Jak sądzisz, ile powinien zarabiać prezydent miasta?

    • 3- 5 tysięcy złotych (32%)
    • 2- 3 tysięcy złotych (31%)
    • 5- 10 tysięcy złotych (26%)
    • powyżej 10 tysięcy złotych (10%)