Autor: Marcin Śpiewakowski

2016-06-10, Aktualizacja: 2016-06-10 13:32

Life Festival Oświęcim. "Strażnicy lustra historii"

- Matisyahu, niepokorny artysta, ortodoksyjny żyd, powiedział, że koncert w Oświęcimiu był dla niego jak mistyczne zderzenie z Bogiem. Bo po kilkudziesięciu latach uświadomił sobie, że śmierć, która była kiedyś domeną tego miasta, przegrała z życiem - mówi Darek Maciborek, organizator festiwalu. Rozmawialiśmy z nim m. in. o tym, dlaczego dla artystów występ w Oświęcimiu jest doświadczeniem szczególnym. W tym roku impreza odbędzie się 18 i 19 czerwca. Głównymi gwiazdami będą Elton John i grupa Queen z Adamem Lambertem.

Darek Maciborek jest dziennikarzem radiowym, pomysłodawcą i dyrektorem artystycznym Life Festivalu Oświęcim. Urodzony w Krakowie, ale mocno związanym z Oświęcimiem. Jego festiwal organizowany jest od 2010 r., a w ostatnich latach na LFO można było usłyszeć takie gwiazdy, jak m.in. Erica Claptona, Petera Gabriela, Stinga czy Soundgarden, ale też młodych artystów z całego świata. Bilety na festiwal możecie kupić od 138 złotych lub wygrać w konkursie, do którego link znajdziecie na dole tekstu.

Niedawno ogłoszono występ duetu Kayah i Goran Bregović. Będzie to ich pierwszy koncert od 17 lat. Co Pan na to?

Fantastycznie, że ten projekt w końcu się pojawi. Nam się nie udało doprowadzić do tego, żeby koncert Kayah i Bregovicia się odbył. Muzyka to wolna przestrzeń, trudno wkładać ją w ramy jakichś regulacji politycznych czy społecznych. Oczywiście, osobną rzeczą jest, kiedy artyści zachowują się inaczej, niż wymagałaby wolna przestrzeń muzyki.

Pytam oczywiście dlatego, że projekt miał się pojawić rok temu na Life Festival Oświęcim, ale po tym, jak Bregović zagrał na Krymie i deklarował, że nie widzi w tym nic zdrożnego, został usunięty z line-upu imprezy. Sumując to z choćby organizowanym przy LFO biegiem „Tolerancja na sportowo” uzyskujemy imprezę z mocnym przesłaniem. Jakie to przesłanie?

Idea festiwalu to "life, peace and music". To nie jest kolejny festiwal z lepszym czy gorszym line-upem i piwem pod barierką. Takie rzeczy nie tworzą historii.
Nasza idea jest promowana nie tylko przez koncerty, ale i wydarzenia towarzyszące. Bieg pozwala dotrzeć do kolejnych odbiorców. Kiedy siedem lat temu zaczęliśmy organizować koncerty muzyki klasycznej w ramach imprezy, inne festiwale szybko to podchwyciły – i bardzo zresztą dobrze. Nie ma podziału na część „ideologiczną”, „artystyczną”, „biznesową” - każde wydarzenie jest uzupełnieniem kolejnego.

W LFO podoba mi się koncepcja "festiwalu totalnego” – imprezy, która łączy wiele dziedzin sztuki, wychodzi na ulice miasta i zostawia tam jakąś cząstkę. To, że po każdej edycji LFO Oświęcim jest minimalnie innym miejscem, niż był przed jej rozpoczęciem.

Tak, to bardzo charakterystyczne i jednocześnie kluczowe dla rozwoju miasta. Bardzo ważne jest rozgraniczenie Auschwitz od 800-letniego miasta, pełnego działań kulturalnych i społecznych. Udało się nam sprawić, że Oświęcim kojarzony jest już nie tylko z drugą wojną światową - ale są to owoce siedmiu lat pracy na całym świecie. Mamy taką zasadę, żeby nie zostawiać niezagospodarowanej przestrzeni, którą dałoby się zapełnić naszym festiwalem. Stąd murale, głośne nazwiska, dlatego rok temu pojawił się nasz oscarowy reżyser Tomasz Bagiński.

© materiały prasowe


Festiwal staje się coraz bardziej potrzebny?

Za każdym razem, kiedy udaje się nam ogłosić kolejną edycję, paradoksalnie świat swoimi działaniami „pomaga” w propagowaniu naszej idei – że należy mówić na różne sposoby o pokoju i warto o niego zadbać – w dotarciu do większej liczby osób. Jakiś czas temu byliśmy bardzo blisko konfliktu na Ukrainie. Teraz, kiedy ogłaszaliśmy koncert Eltona Johna, było to świeżo po atakach terrorystycznych we Francji. Elton powiedział wtedy, że chce uczestniczyć w naszym festiwalu, żeby solidaryzować się z ofiarami i nie dać zamknąć się w swoich mieszkaniach ze strachu przed wyjściem na ulicę. To uświadamia potrzebę istnienia takiej imprezy. Niekoniecznie wychodzimy na ulice, by protestować, ale naszą ideę i jedność pokazujemy poprzez udział w LFO.

Według jakiego klucza powstaje line-up LFO? Wielkie gwiazdy mogą kojarzyć się z Festiwalem Legend Rocka w dolinie Charlotty, ale nie brakuje też młodych artystów.

Nie traktuję line-upu jako odpowiednika jakiejś innej imprezy. To, że sięgamy po artystów kultowych, to nie znaczy, że tylko do nich będziemy się ograniczać. Pojawiają się u nas też artyści z nową, świeżą interpretacją tego, co znamy, co jest kultowe. Oczywiście ważne jest, by zaprosić artystę, który swoim autorytetem znaczy więcej, niż ktoś, kto dopiero rozpoczyna karierę, ale nie uciekamy od młodych, którzy za chwilę będą bardzo znani. W zeszłym roku była to grupa Kensington, w tym roku dwie nieznane – przynajmniej w Polsce – artystki, które miałem okazję podziwiać w Londynie. Ninet Tayeb, fantastyczna wokalistka z Izraela, "Nirvana w spódnicy", oraz Dagny z Norwegii, która miała okazję już kiedyś grać przed koncertami Eltona Johna. Nie zapominamy też o polskich artystach, bo idea jest taka, by pokazywać osobowości z każdego zakątka świata i zmierzyć się z każdym możliwym rodzajem dyskryminacji – na poziomie narodowym, kulturowym czy religijnym. I ta różnorodność udowadnia, że możemy żyć w globalnej wiosce. Bo możemy, tylko czasem o tym zapominamy.



A kogo chciałby Pan zobaczyć na festiwalu?

To wszystko zależy od różnych czynników, musimy liczyć się z wieloma ograniczeniami. Nie mamy na razie jeszcze warunków, ale gdy będziemy dysponować większą pojemnością, chciałbym na pewno zobaczyć u nas Bono, wielkiego orędownika pokoju oraz Micka Jaggera, czy Carlosa Santanę. Fantastycznie byłoby zobaczyć Adele, ale wiadomo, że ona nie gra na otwartych przestrzeniach. Lista jest długa, łącznie z Bruce’em Springsteenem, który jeszcze nigdy nie pojawił się w Polsce. Cel jest taki, żeby każdy, kto przyjmie nasze zaproszenie, stawał się ambasadorem festiwalu i naszych idei. Autorski festiwal to oczywiście marzenie każdego promotora, ale wystarczy, że termin jednego artysty się nie zgodzi i marzenie pryska.

Poza koncertami jest jeszcze bieg uliczny, teatr, scena hip-hipowa - czego możemy się spodziewać w przyszłości?

Naszym założeniem jest stworzenie miasta festiwalowego, prawdziwego miasta pokoju. W ostatnich latach współpracujemy z miastem, w przyszłym roku albo może za dwa pojawi się pole namiotowe, żeby każdy mógł przyjechać i poprzebywać w tej atmosferze, nie tylko w dwudziestotysięcznym tłumie na stadionie miejskim.

To też pewnego rodzaju fenomen i dające do myślenia liczby, kiedy do 40-tysięcznego miasta przyjeżdża 20 tysięcy ludzi na koncert.

Gdy osiem lat temu zwróciłem się z tym pomysłem do różnych organizacji rządowych i pozarządowych, byłem nazywany wariatem. Dzisiaj wszyscy przyznają nam rację – mieliśmy rację, tworząc coś takiego w takim miejscu.
Nie spotkaliśmy się z ani jednym sprzeciwem, nie przyszedł przez ten czas ani jeden mail z zażaleniem. Bo dlaczego w mieście pokoju nie manifestować tych idei właśnie w taki sposób? Otrzymaliśmy też honorowy patronat Prezydenta Polski Andrzeja Dudy, który docenia element łączenia kultur – to wszystko pokazuje, że jesteśmy potrzebni.

© materiały prasowe


A jak festiwal odbierają sami zaproszeni artyści?

Nie spotkałem się nigdy z odmową ze strony artysty, już po wstępnej rozmowie z agentami. A wręcz przeciwnie: ocena tego, co robimy, jest zawsze bardzo entuzjastyczna.
Peter Gabriel w swoim przesłaniu dla tego festiwalu mówił o potrzebie ciągłego rozmawiania o przeszłości przez muzykę. Że my jako festiwal jesteśmy „strażnikami ciemnego lustra historii”. I rzeczywiście coś w tym jest.
Takie lustro jest temu światu, który nie jest w stanie poradzić sobie z pokojem globalnym, potrzebne. James Blunt zauroczony po koncercie powiedział, że każdy artysta powinien tu przyjechać i zobaczyć, jak wyjątkowa to impreza. Matisyahu, niepokorny artysta, ortodoksyjny żyd, powiedział, że koncert w Oświęcimiu był dla niego jak mistyczne zderzenie z Bogiem. Bo po kilkudziesięciu latach uświadomił sobie, że śmierć, która była kiedyś domeną tego miasta, przegrała z życiem. I takich przykładów są dziesiątki. Pamiętam też krótkie słowa Stinga: „Nie mogę nic więcej powiedzieć, jak tylko to, że robicie bardzo dobrą robotę” – i ta tych kilka słów jest najlepszą rekomendacją i wróżbą na przyszłość.

Często jest tak, że artyści przyjeżdżają na zaangażowane imprezy, ale to dla nich tylko kolejny koncert. Tu jest inaczej?

U nas w artystach budzi się coś dziwnego, widocznego dla wszystkich. Pamiętam, jak tour managerka Erica Claptona podczas jego występu na LFO mówiła, że „mistrz Eric gra w natchnieniu” i że dawno nie widziała go w tak fantastycznej formie. Nie pamiętam, żeby James Blunt na jakimś koncercie rzucił się w tłum i dał się mu ponieść. Nie przypominam sobie – a widziałem kilka jego koncertów – żeby Chris de Burgh zszedł do ludzi i śpiewał z nimi „Lady in Red”. Ten festiwal jest inny. I ma jedyną w swoim rodzaju atmosferę, której trzeba dotknąć i zobaczyć.

Czytaj też: Wygraj bilety na Life Festival w Oświęcimiu! Zobacz na żywo Queen i Eltona Johna [KONKURS]



Rozmawiał Marcin Śpiewakowski, dziennikarz warszawa.naszemiasto.pl

Komentarze (1)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!